To nie jest wielka impreza masowa. To raczej kameralne spotkanie ludzi znających się często osobiście. Spotkanie, podczas którego można posłuchać koncertów, porozmawiać, wspólnie napić się wina czy wziąć gitarę do ręki i zaśpiewać tak, jak się potrafi. W tym roku do Marszowic przyjechało ok. 40 osób.
Kiedy dojechałam do folwarku „Wiązy”, duża część uczestników zlotu była już na miejscu. Inni ciągle przybywali. Ci, którzy przyjechali tu po raz pierwszy słuchali opowieści o tym, jak było rok temu, inni zachwycali się spokojem wioski i nastrojowym klimatem z Karpatami w tle.
Piątkowy wieczór uświetnił występ Jacka Majewskiego (gitara, śpiew) oraz Tomasza Susmęda (pianino), którzy zaprezentowali umuzycznione wiersze Krzysztofa Marii Sieniawskiego. Koncert rozpoczął się dużo później, niż było to planowane – przemierzanie Polski w pierwszym dniu weekendu nie jest łatwe, zwłaszcza w okolicach dużych miast. Pianista utknął w niejednym korku.
Wkrótce dojechał Tomek, zebraliśmy się więc w pachnącej sianem stodole, by dalej słuchać twórczości Sieniawskiego, tym razem z muzyką, napisaną przez Jacka Majewskiego.
Duet Majewski – Susmęd również w ubiegłym roku wystąpił w Marszowicach prezentując „sieniawszczyznę”, były to jednak dopiero przymiarki do umuzycznienia wierszy. W tym roku mogliśmy usłyszeć znane nam już utwory w zmienionych, rozszerzonych aranżacjach. Nie zabrakło również nowości, które doskonale wkomponowały się w prezentowaną całość. Występ podobał się wszystkim – bardzo dobre teksty przedstawiane przez świetnych muzyków zrobiły na słuchaczach naprawdę duże wrażenie.
Upalna sobota płynęła leniwie, ale bardzo przyjemnie. W okolicach południa dr Krzysztof Gajda, badacz twórczości Kaczmarskiego, wygłosił referat dotyczący pracy barda nad tekstami poetyckimi i prozatorskimi. Oglądaliśmy rękopisy, zapiski pierwszych pomysłów na piosenki, analizowaliśmy zmiany rytmiczne, a przede wszystkim obserwowaliśmy, ile wysiłku i dbałości o szczegóły wkładał Kaczmarski w pisanie i jakie korekty w tekstach wprowadzał, byśmy mogli usłyszeć później wyśpiewany przez niego efekt końcowy.
Po południu pan Józef Ratajczak pokazywał nam tajniki drukowania ulotek na powielaczu z lat ’80. Uruchomienie maszyny nie było łatwe, jednak kiedy już się to udało, wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się ruchom pana Józefa. Nie obyło się bez dociekliwych pytań. Nie mogło również zabraknąć odśpiewania piosenki Przemysława Gintrowskiego do tekstu Leszka Szarugi:„Gdy tak siedzimy nad bimbrem / ojczyzna nam umiera / gniją w celach koledzy / wolno się kreci powielacz (...)”. Na pamiątkę każdy z uczestników zlotu w Marszowicach mógł zabrać do domu wydrukowaną na powielaczu listę obecności.
Na graniu piosenek Kaczmarskiego, spacerach po okolicy, huśtaniu się na linie rozwieszonej w stodole nad sianem i rozmowach upłynął nam czas aż do wieczornego występu Tria Łódzko-Chojnowskiego z gościnnym udziałem Patrycji Kaczmarskiej, córki Jacka.
Zanim artyści wyszli na scenę, Daniel, były pracownik Ambasady Rzeczypospolitej Polskiej w Hawanie, opowiedział nam historię powstania na Kubie albumu z piosenkami Jacka Kaczmarskiego, nagranymi przez zespół La Babosa Azul. To była przejmująca opowieść o Ciro – niezależnym artyście walczącym z totalitaryzmem w swoim kraju, jego spotkaniu z twórczością Kaczmarskiego i adaptacją wybranych piosenek do warunków kubańskich. Każdy z uczestników spotkania w Marszowicach dostał na pamiątkę płytę „Cuando amenezca el día”.
Trio Łódzko-Chojnowskie, które z przyczyn obiektywnych stało się na sobotni wieczór duetem Paweł Konopacki – Witold Łuczyński (obaj gitara i śpiew; pianista, wspominany wcześniej Tomasz Susmęd, musiał wrócić do rodzinnego miasta) zagrało piosenki autora „Obławy”. Panowie planowali zagrać program „Sarmatia”, jednak brak Tomka zmusił do zmodyfikowania repertuaru. I tak usłyszeliśmy 9 utworów z „Sarmatii”, po których rozpoczął się mini koncert życzeń. Duetowe Trio zaprezentowało m.in. teksty Kaczmarskiego, do których sami skomponowali muzykę.
Paweł i Witek są świetnymi gitarzystami, dzięki czemu brak pianisty nie był odczuwalny podczas ich występu. To, co zagrali, było na najwyższym poziomie. Moje obawy co do tego, jak panowie poradzą sobie bez Tomka, zostały rozwiane już po drugim zaprezentowanym utworze.
Jak poprzedniego wieczora, i tym razem nieoficjalna część imprezy przeniosła się w okolice ogniska. Do blisko 4 nad ranem siedzieliśmy w naszym kameralnym gronie z gitarami i śpiewaliśmy piosenki Jacka Kaczmarskiego.
Kameralność – to największy atut spotkań w Marszowicach. Nie jest to impreza rozgłośniona na taką skalę, jak np. kołobrzeski festiwal „Nadzieja”. Przyjeżdżają tylko ci, którzy dotrą do informacji o tym, że w wiejskim folwarku „Wiązy” przez kilka dni unosić się będzie duch Kaczmarskiego. Poza tym również sceneria Marszowic sprzyja bliższym kontaktom między uczestnikami zlotu. Kaczmarski Underground to inicjatywa zdecydowanie warta większej uwagi. Zapraszam już teraz na przyszłoroczną imprezę. Ja zrobię wszystko, żeby móc być w Marszowicach w pierwszy weekend września 2009 roku.
Ola Dziadykiewicz