Występ zespołu Projekt Volodia mógł budzić obawy w prawie każdym wielbicielu twórczości Włodzimierza Wysockiego. Samotny bard z gitarą to jednak nie to samo co piątka brawurowych muzyków z całym arsenałem instrumentów. Dlatego też oczekiwałam go z pewną rezerwą, jak się okazało, zupełnie niepotrzebnie.
Tego wieczoru niezwykła była sama formuła koncertu przypominająca chwilami multimedialne widowisko – z fragmentem oryginału „Magadanu” rozpoczynającym występ, z odtworzoną wypowiedzią samego Wysockiego przed „Tatuażem” na temat jego powstania, ze ścienną projekcją slajdów przedstawiającą świat Wysockiego i jego osobę.
Ciekawą i zaskakującą propozycją było wykonanie „Kołysanki pijackiej”. Przybrała ona formę przyjacielskiego wyznania, które Janusz Kasprowicz wyśpiewał przy stoliku przypadkowej osobie z publiczności, wychylając z nią dwa łyki czegoś mocniejszego.
Na uwagę zasługuje też jedyny utwór wykonany w ojczystej mowie Wołodii – „Cyganskaja”. Mimo drobnych błędów językowych, brawura wykonania porwała Salonową publiczność, a banjo w mistrzowskich rękach Roberta Gawrona świetnie odegrało rolę rosyjskiej bałałajki.
Dla osób, którym twórczość rosyjskiego barda jest dobrze znana i bliska, koncert był ciekawy nie tylko ze względu na naturalny sentyment do mistrza, ale również ze względu na niecodzienną aranżację, odbiegającą od oryginału i od wizji licznej grupy polskich interpretatorów. Wprawne ucho bez trudu wyłowiło tu ze smakiem wplecione wpływy innych fascynacji muzycznych artystów, jak jazz i flamenco.
Wykonawcy zatroszczyli się także o młodą widownię Salonu. Poszczególne utwory poprzedzane były krótką wzmianką o odpowiednim epizodzie z życia artysty, jak choćby o jego przygodzie z teatrem i filmem przed lirycznie zaśpiewaną „Pieśnią o przyjacielu”. Każda piosenka była podróżą w inny zakątek duszy Wysockiego, dzięki czemu mieliśmy możliwość smakować wszystkich odcieni jego twórczości, od nostalgicznych i tragicznych, jak „Mam was już dosyć” i „Szpital”, poprzez błatne i te humorystyczne („Dialog u telewizora”, „Satyra na kiepski kryminał”). Niekoniecznie zamierzonym, ale bardzo miłym ukłonem w stronę wszystkich kaczmarofilów były dwa utwory, które zainspirowały samego Jacka: „Nie lubię” i „Okręty”.
Na dodatkową uwagę zasługuje oprawa wizualna koncertu, począwszy od czerwonej koszuli i czapki „leninówki” Piotra Rokitowskiego, którego wizerunek przewyższało tylko brzmienie jego gitary elektrycznej, zwłaszcza w „Rejsie Moskwa – Odessa”, a na rekwizytach, żywcem z rosyjskiej „kwartiry” wyjętych, kończąc.
Naturalność wykonań, ich ekspresyjność, a także doskonale widoczna radość wykonawców ze wspólnego występowania spowodowała, że mimo aranżacji tak odmiennej od oryginału duch Wysockiego unosił się nad sceną, a z samowara-rekwizytu naprawdę wydobywał się aromat herbaty.
Autor: Julioanna